|
|
|
Bania to rytuał kolektywny, prośba o wyszorowanie i wymasowanie pleców nikogo tu nie zaskakuje |
Kąpiel była tradycją cotygodniową, lecz mycie polegało głównie na poceniu się i chłoście. Łaźnia mogła obyć się bez mydła, bez wienika nigdy.
Tempo naszej wyprawy do bani, czyli łaźni, reguluje milicja. W piątek wieczorem pokonanie dwudziestu kilometrów z Moskwy do sioła Uspieńskiego trwa półtorej godziny. Przy szosie rublowsko-uspieńskiej znajdują się osiedla dacz rządowych, w jednym mieszka prezydent Putin, wiec milicjanci rozstawiają się gęsto. Sprawdzają kierowców węchem, wsuwając głowy do środka. Stare BMW Rily Nowikowej posłusznie hamuje i rusza dalej; od kiedy po kuflu piwa właścicielka musiała dać sto dolarów łapówki, jeździ trzeźwa jak niemowlę.
- Co to za przyjemność - bania bez piwa! - Linda, rosyjska Mulatka i początkująca bizneswoman, współczująco pociąga "Bałtikę" wprost z butelki.
Losza Szwiedow protestuje. W bani należy pić ziołową herbatę, osłodzoną miodem, co sprzyja wydalaniu toksyn z organizmu. Szwiedow, news-manager, obsługujący zachodnie telewizje, wie o bani wszystko. Teorię i praktykę sztuki łazienniczej wykłada półleżąc na drewnianej ławie, ubrany tylko w wełnianą czapkę. Słuchacze także przyjęli pozy Rzymian, "czekoladka" Linda skrzyżowała posągowe nogi wprost na stole. Samowar obsługują przyjaciele Szwiedowa, zwaliści bracia Sasza i Wołodia, zawodowi łaziebni. Niedaleko od Uspieńskiego bracia wybudowali banię, gdzie zarabiają pieniądze. Sarni co piątek przychodzą do publicznej, tu mają swoje kółko zainteresowań. W parówce nawzajem ze Szwiedowem chłoszczą się brzozowymi wienikami. Przy stu stopniach na termometrze pot płynie z nich ciurkiem, sapią jak lokomotywa Tuwima, ale pracują rzetelnie. Zmachani, odpoczywają w priedbanniku, wymieniając głębokie, zawsze te same uwagi: "Dobra dziś para., lekka!" - "Ba!". Gdy już się nagadają, wypiją po parę szklanek herbaty, zabierają się za nas. Katorżny (rud łaziebnego jest najwyżej opłacaną usługą - w moskiewskich baniach parę minut chłosty kosztuje dziesięć dolarów, a wypada jeszcze dać "na czaj". Sasza i Wołodia leją nas bezinteresownie - za komplementy i żarliwe podziękowania. Potem wspólnie uzupełniamy poziom płynów w organizmach i Szwiedow kontynuuje wykład.
|
|
|
Gdy w parówce zabraknie tchu i skórę pokryje rumieniec, pora się orzeźwić |
- Dwa i pół miliona naszych gruczołów potowych wydziela w parówce od pięciuset do tysiąca pięciuset gramów potu - mówi, jakby czytał z encyklopedii. - System kanalizacyjny organizmu aktywizuje się, wypłukuje szkodliwe produkty przemiany materii, odciążając nerki. Krew szybciej krąży, świeży tlen dociera do każdej komórki, zasila płuca, mięśnie, stawy i rdzeń kręgowy... W priedbanniku, który pełni rolę przedsionka, rozbieralni i salonu, jest ciepło i wilgotnie. Z sufitu miarowo kapie skroplona para, szumi i prycha samowar.
Goły Rosjanin skacze do Sekwany
- Jeno nie zmieszaj się w nocy, łabędziu. W łaźni cię wyparzymy, po naszemu, po chłopsku w kwasie spławimy, wymyjemy żywicznym pachnidłem - może cię wąchać, gdzie chce... A dla chłopa zapach to najważniejsze...
Aleksy Tołstoj, "Piotr l", tłum. Andrzej Stawar
Zdumiony poseł niemiecki zanotował w XVII wieku, że Rosjanie, przesiąknięci do cna zapachem czosnku i cebuli, chodzą do łaźni niezależnie od wieku. Siadają przy rozpalonym piecu, a potem, czerwoni jak ugotowane raki, polewają się lodowatą wodą lub tarzają w śniegu - bez najmniejszego uszczerbku dla zdrowia! Inny Europejczyk zauważył, że w tak purytańskim kraju jak Ruś wśród kąpielowiczów nie obowiązuje podział na płcie: na własne oczy widział, jak białogłowy, nie wstydząc się swej nagości, swobodnie rozmawiały z mężczyznami. Łaźnię na Rusi ceniono od niepamiętnych czasów, co uwieczniły przysłowia, zagadki ludowe, literatura i sztuka. Iwanuszka-Durak w baśni żądał od Baby Jagi, by podpaliła pod piecem w bani, wychłostała go jak należy, a dopiero później wdał się z gospodynią w pertraktacje. Umowa z Bizancjum z roku 907 zawierała warunek, że posłowie Rusi Kijowskiej po przybyciu do Konstantynopola będą mogli się kąpać, kiedy tylko zechcą. Zakonnicy, którzy bezpłatnie leczyli chorych w szpitalu przy Ławrze Kijowsko--Pieczerskiej, trzy razy w tygodniu prowadzili ich do łaźni. Podczas wojen wewnętrznych na Rusi pokonani płacili zwycięzcom kontrybucję m.in. brzozowymi wienikami.
Gdy gród Moskwa rozrósł się poza mury Kremla, wzdłuż opasującej go rzeki stanęły drewniane komórki - banie. Każda majętna rodzina miała własną. Publiczne budowano ze składek mieszkańców. Kobiety ciężarne wierzyły, że w nagrzanej łaźni porody przebiegają szybciej i rzadziej występują komplikacje. Nic dziwnego: wysoka temperatura dezynfekowała pomieszczenie, ciepłej wody było pod dostatkiem, więc starannie myto i dziecko, i matkę. Felczerzy przystawiali tu pijawki, wycinali odciski i upuszczali krwi. W bani wróżono, rzucano uroki, upiększano, leczono kaca i przyrzekano sobie zacząć życie od nowa.
Dymitr Samozwaniec bani nie lubił, czym przypieczętował swój los: współziomkowie powzięli podejrzenia, że tylko podszywa się pod rosyjskiego carewicza i rozszarpali go na strzępy. "Rosjanin bez łaźni jest jak ciało bez duszy" - mawiał Piotr I, a jego grenadierzy podczas pobytu w Paryżu zbudowali łaźnię nad Sekwaną. Parzyli się tam i dla ochłody skakali nadzy do rzeki, szokując przechodniów. Miejscowy lekarz ostrzegł cara, że jego żołnierze wystawiają się na śmiertelne niebezpieczeństwo i "zapewne wkrótce umrą". O, gdybyż obeznany z młoteczkami do zabijania wszy Francuz wiedział: Rosjanie nacierali się do kąpieli tartą rzodkwią i octem - tak hartowali organizm. Wykorzystując upodobania podwładnych, Piotr I wprowadził od łaźni podatki: bojarzy trzy ruble rocznie; urzędnicy, szlachta i duchowni
- po rublu; strzelcy, kozacy i chłopi
- 15 kopiejek. Po roku obniżył je o połowę, ale nakazał cyrulikom łaziennym skłaniać mężczyzn do golenia prawosławnych bród - car europeizował Rosję. Z początkiem wieku XVIII Moskwa miała tysiąc pięćset łaźni prywatnych i siedemdziesiąt publicznych. W wieku XIX te ostatnie nazywano pospolitymi ze względu na ich dostępność: myto się za dwie kopiejki. "Łaźnie były dla gminu tym, czym dla elity - opera", pisał historyk.
Od Puszkina do bandyty
Podobno, obywatele, w Ameryce mają doskonale łaźnie. Przychodzi tam na ten przykład obywatel, wrzuca bieliznę do specjalnej skrzynki i idzie się myć. Nawet się nie raczy zaniepokoić, czy kto tego nie skradnie, czy to nie zginie, numerka nawet nie bierze. A u nas łaźnie też są niczego sobie. Ale gorsze. Chociaż umyć się też można. Tylko z numerkami u nas krucho.
Michaił Zoszczenko, "Łaźnia",
tłum. Eugenia Siemaszkiewicz i Seweryn Pollak
Publiczna łaźnia, w której stawiamy się co tydzień, zdyscyplinowani jak skauci, jest nienowa, lecz z pretensjami do elegancji. Po ostatnim remoncie pojawiły się kafelki, boazeria, drewniane stoły i ławy. Tyle że nadal nie ma toalety - jak kogoś przyciśnie, biegnie na dwór. Brak rzeki lub stawu wynagradza nieduży basen. Woda w nim, choć stale wymieniana, ma odcień brązowawy.
- Kołchoźnicy wykąpali się z trzodą chlewną i w gumiakach - twierdzi Rita i nie jest to żart abstrakcyjny. Na co dzień ze świątyni higieny w Uspieńskim korzystają pracownicy miejscowego kołchozu (teraz
- spółki akcyjnej). My jesteśmy tu miastowymi intruzami, klucz dostajemy po godzinach otwarcia, przyjaźni Szwiedowa z kierownikiem bani. Zostawiamy za to w umówionym miejscu pięćset rubli (17 dolarów) - tyle w Moskwie kosztuje jedną osobę dwugodzinny seans w słynnych baniach Sandunowskich.
- Sanduny są dobre dla snobów. Marmury, lustra, sztuczne kwiaty, żeby nuworysze się dowartościowali - mówi pogardliwie Szwiedow. - Za to takiej parówki jak w Uspieńskim nic ma w całej Moskwie. Nieprzypadkowo przyjeżdżają się tu myć różni ważni ze stołecznej administracji. To też tradycja rosyjska - po kilku kąpielach próbnych każdy wybiera sobie ulubioną łaźnię i z pianą na ustach udowadnia jej wyższość nad innymi. Dziennikarze "Izwiestii" od lat upodobali sobie banie Orużejne. Gruziński mafioso Otari Kwantrisz-wili z tuzinem ochroniarzy chodził do Krasnopresnieńskich, póki killer Sołonik nie przyczaił się na dachu naprzeciwko łaźni, i nie upolował ojca chrzestnego niczym kaczki. Sanduny były ulubionym miejscem spotkań inteligencji i bohemy. Co tydzień po spektaklu przychodził tu zespół teatru MChAT. Inny wieczór rezerwowano dla artystów teatru Bolszoj, jeszcze inny - dla pracowników Mosfilmu. Administracja nie wpuszczała wtedy osób postronnych, a mimo to wieści o zabawach rozgrzanych nie tylko kąpielą gwiazd kursowały po całej stolicy. Te najstarsze, najbardziej luksusowe łaźnie Moskwy zbudował aktor cesarskiego teatru Siła Sandunow za brylanty swojej żony, śpiewaczki. Obecny szyk, kabiny z czarnego dębu, kolumny z marmuru kararyjskiego, Sanduny zawdzięczają porucznikowi Gonieckiemu, który w roku 1896 przebudował je od podstaw, również za posag żony. Sukces finansowy przynosiły zwłaszcza VIP-
-sale, gdzie uniżona obsługa polewała klientów wodą ze srebrnych miednic.
- Wśród zwykłych ludzi pojawiali się tu Puszkin, Czechów, Szalapin i Gorki. Łaźnia dla Rosji jest nie tylko oazą zdrowia, ale i ostatnim miejscem pod słońcem, gdzie panuje równość - powtarza jak wyuczoną lekcję dyrektor Sandunow, Chamit Alejew. Przystojny Tatar (Tatarzy od stuleci słynęli w Moskwie jako łaziebni) pracuje w Sandunach od trzydziestu lat. Gdy zaczynał, najdroższy bilet kosztował pół rubla. Odkąd łaźnię sprywatyzowano, okupują ją nowobogaccy. Parę tygodni temu przed wejściem kogoś zastrzelono.
- Bandyci? A jak ich można rozpoznać, gdy wszyscy naokoło są nadzy? - dyrektor Alejew nie chce się wdawać w ocenę klientów. Powinni docenić poziom usług i dyskrecję personelu. Oddzielny gabinet - proszę bardzo, sto dwadzieścia pięć dolarów za godzinę.
Chamit Alejew odwiedza parówkę trzy razy w tygodniu. Zszarpał nerwy dyrektorowaniem i leczy je wienikiem. Z okazji jubileuszu 105-le-cia Sandunow oraz kolejnego morderstwa dziennikarze nie dają mu spokoju. Wczoraj była telewizja francuska, przedwczoraj Amerykanie. Do Polaków nie ma zaufania, bo jeden nie oddał mu dwóch tysięcy dolarów, mimo to pokazuje mi dyplomy dziękczynne od mera Moskwy, emerytów (mają zniżki), duchownych (wchodzą za darmo) i ludzi z nazwiskami.
- Nie stosujemy żadnych ograniczeń, z łaźni może skorzystać każdy, kto da radę do niej dojść. Tylko raz klient zasłabł w parówce, ale umarł już w szpitalu. Miał 86 lat. Na korytarzach i w szatni Sandunow cieszą oczy pejzaże z nimfami i aforyzmy łazienne: "Dobrze człowiekowi po bani. Zwłaszcza przez pierwszy miesiąc!"... Stare ławy w priedbanniku pokryto współczesną dermą. "Kto do parówki, jest świeża para!" -podśpiewując zaprasza łaziebna Marina Pankowa, eksmistrzyni świata w siatkówce. Pracuje dopiero czwarty miesiąc, ale klientki już doceniły jej zaprawę sportową. Dębowy wienik w rękach Mariny - oj, to warto odczuć na własnej skórze! W sektorze damskim nie ma tłoku, ale fryzjerka i masażystka nie próżnują, ma powodzenie bufet. Co chwila w którymś kącie odzywa się telefon, zupełnie jak w dowcipie: Nowi Ruscy balują w Sandunach, dzwoni telefon komórkowy, ktoś odbiera. - Tak, kotku, jestem jeszcze w łaźni. Futro z norek? Przecież masz już dwa! No dobrze, kup... Kolia? Na co ci kolia brylantowa?... Okay, kup sobie, kup... Biały mercedes? To mało ci jaguara i jeepa?... Dobrze, już dobrze, kupuj! Odkłada słuchawkę, przygląda się kompanom.
- Chłopaki, czyja to komora?
Tu ludzieśmy sami swoi, czyści
Chociaż nie była to sobota, jakże przyjezdnych gości w bańce nie poparzyć? Nie po rosyjsku byłoby to, w niezgodzie ze starą tradycją. Zresztą sam Patap Maksimowicz był takim miłośnikiem parówki, że można mu było co dzień rozpalać pod piecem w łaźni.
Paweł Mielnikow-Pieczorski "W lasach"
Tylko dyletant i zepsuty cywilizacją Europejczyk uzna kąpiel za prostą procedurę higieniczną: rozebrał się, umył, wytarł, ubrał. Bania to skrzyżowanie religii z filozofią;
zwierciadło narodowej historii i charakteru. "Tam russkij duch, tam Rus'ju pachnie" - czy nie aromat wieników miał na myśli Aleksander Puszkin, pisząc te nieśmiertelne słowa?
Święty obrzęd ablucji wymaga nie tylko mydła, ręcznika i czapki. Przede wszystkim dusza musi zapragnąć kąpieli i obcowania z sobie podobnymi duszami, bo łaźnia w pojedynkę jest jak fortepian o jednej nodze. Nikt sam nie sprawi sobie kwalifikowanej chłosty, a bez niej -już lepiej myć się w pospolitej wannie z jacuzzi. Jak często dusza rosyjska pragnie wymoczyć swą ziemską powłokę
- zdania są podzielone. Historyk Mikołaj Karamzin ironizował, że trzy razy w życiu: pierwszy przy narodzinach, drugi przed ślubem, trzeci-po śmierci.
Szwiedow, ekspert nic gorszy od Karamzina, objeździł Syberię jako miody geolog. Kąpiel była tradycją cotygodniową, lecz mycie polegało głównie na poceniu się i chłoście. Łaźnia mogła się obyć bez mydła, bez wienika - nigdy. Obrzęd koronowała zmiana bielizny.
- W Rosji przez trzy czwarte roku jest zimno, w chałupach, gdzie mieszkaliśmy, wiatr hulał na przestrzał. Na noc zdejmowaliśmy tylko buty i odzież wierzchnią - wspomina Szwiedow. - Przez tydzień człowiek pracował i spał w tym samym podkoszulku i gaciach. W sobotę gospodarze palili pod piecem w łaźni i po kąpieli zakładało się czystą bieliznę.
"Bielizna tygodniowej świeżości zamiast chronić ciało staje się rozsadnikiem chorób" - ostrzega znawca łaźni Aleksicj Galicki, autor licznych poradników. I usilnie zaleca w nich, oprócz parówki, wyszorowanie ciała pod prysznicem. Niestety, w łaźni publicznej w Bykowie rurę od pryszniców przeżarła rdza. W umywalni pozostało pięć kranów z zimną wodą i jeden z gorącą. Dobre i to! Lidia Januszkiewicz przyjechała do Bykowa autobusem z sąsiedniej Małachowki wraz, z sąsiadką. W Małachowce, Żukowskim, Kamieńskim, Udielnej i w samym Bykowie większość domów nie ma wody bieżącej. Chyba że ktoś dostał mieszkanie w bloku.
- Sto kilometrów od Moskwy, a żyjemy jak za cara sułtana - mówi pani Lidia, która, jak wszyscy, wozi ze sobą plastikową miednicę. Po parówce myje się we własnej miednicy, tak jest higienicznie. - Napisz pani, żeby nie zamykali nam tej łaźni ani jej nie remontowali, bo skończy się jak u nas, w Małachowce. W Małachowce na pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców jest jedna łaźnia publiczna. Reszta rozpadła się ze starości. Ale i ta jedyna była niedochodowa, więc ją sprywatyzowano. Właściciel zrobił drogi remont, po którym łaźnię upodobali sobie nuworysze i rezerwują ją na całe dnie i noce.
- Wy, babule, lepiej tu już nie przychodźcie - powiedział nam taki ze złotym łańcuchem. Pewnie, że nie chodzimy, teraz tam i drogo, i całe gromady prostytutek zlatują się obsługiwać paniczy. Wiadomo, czym to się człowiek może zarazić? A tu ludzieśmy sami swoi, czyści - Lidia Januszkiewicz z godnością zawiązuje cienką jak pajęczyna chustkę z koziej sierści na wełnianym berecie.
Stalin przegrzał się w parówce?
W łaźni było ciemno, malutkie okienko wychodzące na Angarę, na zachód, zaczynało dopiero połyskiwać wyblakłą, jakby trupią poświatą. Nastia przysiadła na ławce pod okienkiem i poczęła czujnie, jak zwierzę, węszyć w powietrzu łaźni, starając się wytropić jakieś obce, niezwyczajne, dawno kiedyś znajome zapachy, ale niczego się nie mogła doszukać prócz ostrej i gorzkawej woni zbutwiałych i przemarzniętych desek.
Walentin Rasputin, "Żyj i pamiętaj". Tłum. Jerzy Pański
"Łaźnia leczy, łaźnia rządzi, łaźnia nas rozsądzi" - głosi popularne przysłowie. O brudzie panującym w przybytkach higieny, o właścicielach, skąpiących na remont, pieśni i przysłów nie układano. Bardziej niż brud i wilgoć zaszkodził łaźniom dekret rządu bolszewickiego z roku 1918 o likwidacji własności prywatnej. Bezpańskie łaźnie nowa władza ochoczo przekształcała w urzędy, komitety partyjne, magazyny, składy ziarna, ba, jedną wykorzystano jako krematorium. Na rezultaty nic czekano długo: w latach dwudziestych kąpiel stała się takim samym luksusem jak perkal, kiełbasa, buty i została objęta rozdzielnictwem. Dla przodujących pracowników Komsomoł urządzał kolektywne wyjścia do łaźni publicznych -jak do teatru. Przy okazji żywiołowa kultura kąpieli otrzymywała ramy organizacyjne. Militaryzacja wszystkich dziedzin życia uczyniła z łaźni odcinek frontu ideologicznego, gdzie "należy mieć na względzie nic tylko cele higieniczne, lecz i obronne" (pismo "Miasto Socjalistyczne" 1937, nr 7). Władza znowu postawiła na łaźnie i ich kult rozkwitał równolegle z kultem jednostki. Ba, w regenerującą moc bani wierzył Stalin. Jedna z wersji jego śmierci mówi o wylewie na skutek przegrzania się w parówce.
Po spotkaniu Nikity Chruszczowa z Urho Kekkonenem, prezydentem Finlandii, jak ich Bóg stworzył, pojawił się termin "dyplomacja łazienna". Ujęty bezpośredniością Chruszczowa Kekkonen podpisał kontrakty i przysłał sekretarzowi w prezencie łaźnię fińską (do dziś służy wnukom na daczy). Ponoć Jelcyn, Krawczuk i Szuszkiewicz na spotkaniu w Białowieży grzebali ZSRR właśnie w trakcie kąpieli.
Pod koniec epoki radzieckiej z dumą podawano, że z łaźni moskiewskich korzysta rocznie siedemnaście milionów mieszkańców.
- A gdzie można się było ukryć przed wszechobecną propagandą? Pakowało się plecak, gitarę i - w góry, albo - do łaźni! Kolejki stały się do rana, w priedbarmikach działały samorzutne kluby - wspomina Szwiedow. - W łaźni Centralnej, tuż przy teatrze Wielkim, naczelne hasło dyskusji brzmiało: "Żadnej polityki, tylko wóda i baby!". Kodeks budowniczych komunizmu wprowadził przy myciu podział na płcie, jednak ściany łaźni widziały wiele odstępstw od normy. Dzisiaj swobodę obyczajów gwarantują niezliczone przybytki prywatne, ogłaszające się w bulwarowych gazetach. "Dyskr. łaźnia, łatwy dojazd. Muzyka, bilard, masaż erot. Kuchnia całą dobę, piwo bezpł." Powodem upadku w roku 1997 rosyjskiego ministra sprawiedliwości Walentina Kowalowa był film, nakręcony prawdopodobnie przez służby specjalne: ministra uwieczniono w kąpieli z paniami nieciężkich obyczajów. Po tym fakcie w Rosji ukuto nowe przysłowie polityczne: "W banie mojsia, no telekamier bojsia" (W łaźni kąp się, ale kamer bój się).
|
|
| Krzepki 60-latek Walentin Zarymow od czterdziestu lat nie wie co to katar. |
W przeręblu
Łaźnie, Łaźnie. Drzwiami - razz! Skaczą baby w środek zasp.
Wprost z ukropu, z klębów pary
W śnieżne bryzgi!
Niech się kryją Renoiry
Przy nagościach syberyjskich
Andriej Wozniesienski "Łaźnie syberyjskie"
tłum. Jerzy Litwiniuk
- Pół mego szczęścia - gdy grzeję kości w parówce, drugie pół - gdy nurkuję w przeręblu - krzepki sześćdziesięciolatek Walentin Zarymow cmoka z lubością. - Od czterdziestu lat nie wiem, co to katar. Miejscowym chłopakom zapowiedziałem: jeśli w sobotę nic będzie mnie w łaźni, to znaczy, że umarłem. Łaźnia publiczna w Bykowie, choć z pleśnią na ścianach, ma dwie ogromne zalety - dobry piec i bliskość stawu. Piec długo trzyma ciepło, jego rozgrzane wnętrze można wielokrotnie polewać wodą, czyli "robić parę". Para, uważana niemal za cudotwórczą, odróżnia rosyjską łaźnię od suchej sauny. W niedużej parówce w Bykowie jest tłoczno jak w tramwaju i głośno jak na na bazarze.
- Cicho, dziewuszki, nie gadajcie, nie zjadajcie pary - nawzajem upominają się kąpielowiczki, ale bezskutecznie. Na najwyższym podeście, gdzie najgoręcej, kobiety oddychają przez prześcieradła, by nie poparzyć dróg oddechowych. Po trzech, pięciu lub dziesięciu minutach, gdy już brakuje tchu i skórę pokryje czerwony rumieniec, wydeptana ścieżka sama prowadzi do stawu z przeręblem. Przyprószony śniegiem lód nad ciemnym lustrem wody jest cienki, przezroczysty.
|
|
|
Wydeptana ścieżka nie po raz pierwszy przywiodła Marinę Wajsblit z parówki wprost do przerębla |
- Nie nada, pani Anna, nie nada!
- kierowca Misza, który przywiózł nas ze sprzętem fotograficznym do Bykowa, biegł od samochodu, ściągając skórzaną kurtkę. "Za po..."
-pomyślałam, słysząc własne "...iia-ayyy!". Wpadłyśmy do dziury razem z sękata żerdzią, która pełniła rolę uchwytu. Ziąb. niczym żelazne obcęgi, szarpnął za łydki. Wierzgając rozpaczliwie, stanęłam na twardym. Otoczona lodową pustynią, tkwiłam po szyję w czarnej otchłani. Jak się stamtąd uratowałam - dalibóg, nie wiem. Gdy Misza wbiegł na lód, pełzłam już po nim ostrożnie, na czworakach. Fotografa przy tym, dzięki Bogu, nie było. W parówce dziewuszki gorliwie wychłostały mnie wienikiem z jałowca. Resztki igieł wyjmowałam z ciała jeszcze po kilku dniach. Przeciętą skórę na kolanach (lód musiał być ostry) zdezynfekowałam wódką, po którą Misza z dobrego serca pojechał do pobliskiego sklepu. Pić dziewuszki nie chciały i mnie odradziły. "Parówka jest wystarczającym obciążeniem dla serca, wódką w bani raczą się tylko idioci i samobójcy. Trzeba odpocząć i dopiero w domu wypić kieliszek do obiadu" - pouczyły. Niewiadomego pochodzenia sińce długo zmieniały kolory od fioletu do żółci, ale tępy reumatyczny ból w kolanach zniknął, jak ręką odjął.
Byle do piątku
Wchodził do łaźni i wszelkie napięcie znikało, przykre myśli opuszczały głowę, w duszy rodziło się poczucie czegoś wartościowego, ogromnego, jasnego - życie stawało się zrozumiałe. Alosza wchodził do łaźni jak do świątyni.
Wasilij Szukszyn, ."Alosza Bieskonwojny"
W słabo oświetlonym przedsionku, na szerokich ławach, podkrada się senność. Po parówce ciało i dusza wydają się lżejsze, jakby - dosłownie - wyparowały z nich szkodliwe substancje. Jutro o siódmej rano zadzwoni pomyłkowy telefon, a ty, zbudzony z kolorowego snu, "nie szkodzi", odpowiesz, i nie poślesz natręta do diabła, i znowu zapadniesz w błogą drzemkę. Wstaniesz rześki i nawet przejażdżka zatłoczonym metrem, z łokciem sąsiada pod łopatką, nie zepsuje ci humoru. Podgrzewasz w sobie optymizm dzień, dwa, trzy... Byle do piątku, do następnej bani.
l znowu prycha jak kot stary samowar, a Losza Szwiedow podejmuje niebłahy temat wieników. Sprzedawane są pod łaźniami, ale można samemu naciąć latem gałęzi, powiązać je i wysuszyć w ciemnym miejscu. Przed użyciem wystarczy zanurzyć wienik w miednicy z gorącą wodą i gałęzie znowu nabierają elastyczności. Wienik brzozowy, najpopularniejszy, bo brzozy rosną wszędzie, ma działanie uspokajające i leczy astmę. Dębowy oczyszcza i ujędrnia skórę.
- Przy katarze najlepszy jest wienik z eukaliptusa, wystarczy kilka minut wdychać zapach mokrych liści. Reumatycy powinni suszyć pokrzywy, pokrzywowa chłosta jest skuteczniejsza od lekarstw - niegłośno, kojąco ciągnie Losza. To jeden 7, warunków rosyjskiej balneoterapii i niepisana umowa naszych spotkań. W łaźni nie mówi się o kłopotach z dziećmi, intrygach w pracy, współmałżonkach, których większość obecnych pogubiła zresztą na drogach życia. Tu słucha się nowych dowcipów, chwali smak ziołowej herbaty i dywaguje o sprawach przyjemnych. Uspokaja się serce, trzepoczące jak ptak w klatce żeber, zaróżowiona skóra bryźnie potem, a wraz z nim wypłyną z człowieka bakterie, choróbska i czarne myśli.
TEKST ANNA ŻEBROWSKA
ZDJĘCIA WOJCIECH DUSZENKO
źródło: Gazeta Wyborcza




powrót